Przeglądając dwa lata temu kwartalnik KANAWA trafiłem na zajawkę filmu ukazującego postać Szarej Sowy. Reżyser filmu, którym jest Richard Attenborough (między innymi Ghandi) pragnął przedstawić legendę kanadyjskiego kanuingu i jednego z pionierów ochrony pierwotnej przyrody. Magnesem przyciągającym widzów do kina miał być odtwórca głównej postaci - Pierce Brosnan, który z tej okazji zapuścił sobie dłuższe włosy i, co należy podkreślić, nauczył się prawidłowego (czyli normalnego) wiosłowania na kanu. I tu mała dygresja na ten ostatni temat. Oglądając (krytycznie) od czasu do czasu amerykańskie filmy, w scenariuszu których przewidziano pewną rolę dla kanu, widzę, że biali aktorzy odgrywający główne role nie potrafią w ogóle wiosłować. Jakieś tam chaotyczne machanie wiosłem i sterowanie, gdy łódka skręca nie w tę stronę. Może przeciętny amerykański widz to kupuje (i przymyka oko?), ale w przeciwieństwie do widowni polskiej, kanu jest głęboko zakorzenione w amerykańsko-kanadyjskiej tradycji. Jednym słowem popelina ...

Właściwie widziałem tylko jeden film, w którym realizatorzy podeszli do tematu wiosłowania (przez aktorów) profesjonalnie. Jest nim właśnie "Deliverance", prezentowany po kilkakroć w naszej TV pod tytułem "Uwolnienie". Tutaj jednak zgłaszałbym uwagi do tzw. akcji, o czym godziłoby napisać się osobno.

W któryś z lutowych wieczorów wtorkowych TVP 2 nadała, po raz zresztą kolejny, jeden z ważniejszych filmów z kanu “w roli głównej”. Rzecz dzieje się na jednej z rzek Appalachów, ot, czwórka panów na stanowiskach i z dobrą pracą wybiera się na spływ na kanu. Czyli, jak to w amerykańskim filmie – standardowo na początku nic się nie dzieje, w dwóch łódkach (jednej wood and canvas – ta nie przeżyje bystrzy i drugiej – aluminiowym Grummanie) ekipa pokonuje łatwiejsze lub trudniejsze odcinki dzikiej rzeki.

I gdy już się widz napatrzy na krajobraz, posłucha wirtuozerii gry na bandżo, czy też podpatrzy tajniki wiosłowania - tu aktorzy stanęli na wysokości zadania i problemy techniczne na rzece rozwiązywali sami (a nie kaskaderzy), rozpoczyna się tzw. akcja. Ci co oglądali wiedzą, ci co będą oglądali, to się dowiedzą, jak to się stało, że luźna impreza przekształca się w horror. Pojawiają się niedobrzy “ludzie gór”, Ktoś komuś robi krzywdę, ktoś ginie przeszyty strzałą, następują pogonie, ucieczki i strzelania prawie jak w “Czarnych Chmurach”. Zakończenie też nie stanowi happy endu i w ogóle druga połówka filmu nie jest lekka (szczególnie bez połówki). Tyle o samym filmie.