D1

Po krótkim kręceniu się po okolicy le Poujol-sur-Orb i rozpoznawaniu parkingów na przeciwnym brzegu blisko kampingu położonego kilkaset metrów w górę rzeki powyżej mostu trafiamy na fajne miejsce. Prośba o udostępnienie wody na owym kampingu kończy się wskazaniem drogi do … pobliskiego źródełka : ) Wodopój okazuje się być bardzo popularnym miejscem w którym w wodę zaopatrują się tubylcy bo jest tu kilka zatoczek i zagospodarowana ścieżka do wystającej ze zbocza rury.

Po dwóch dniach przerwy potrzebnej na zregenerowanie się po opłynięciu jeziora Femund dosuszamy w porannym słońcu ostatnie wilgotne rzeczy i za chwilę ruszymy na Trysil. Z jednej strony cieszę się na to pływanie, ale z drugiej cieszę się, że to jest ostatnie pływanie, bo po ostatnich dwóch tygodniach trzeba nieco dłużej niż te dwa dni odpocząć i się zregenerować. … Z rozpoznawania drogi wzdłuż Trysil od Evbruny nic nie wychodzi bo ta leśna droga zdecydowanie okazuje się być płatna.

Po przejechaniu 1o km od naszej dzisiejszej miejscówki noclegowej okazuje się, że po lewej stronie przed mostem jest parking z wiatą - można się spokojnie rozbić i pichcić w suchym otoczeniu. Po prawdzie przy wiacie trafiamy na niezłe śmietnisko (po raz pierwszy w Szwecji czujemy się jak w Polsce), ale trudno - widać Szwecja też nie jest idealna :) My na szczęście ograniczyliśmy się tu do śniadania, wysuszenia namiotu i przepakowania przed dzisiejszym pływaniem.

Dzień 1

… Jest 12.3o - jesteśmy w Fulunas, czyli miejscu w który zbiega się Goran i Fulan i mamy już za sobą małe rozpoznanie tego jak wygląda to połączenie z punktu widzenia pływania po nim. A wygląda całkiem sympatycznie, oczywiście pomijając fakt, że nasz Yoho z wszystkimi rzeczami jest średnio manewrowy jak na takie warunki :\

Tak sobie myślę, że marzenia się jednak czasem spełniają :) W ubiegłym roku w marcu nie wiedziałem jeszcze, że z kanu będę miał do czynienia na co dzień, a w tym roku odwiedziłem europejską "Mekkę" miłośników kanu czyli Szwecję. Północą można się zachłysnąć, tak bardzo jest inna od tego co się widzi na południu europy. Tak fajnie inna. Tak dziko inna. Już dziś wiem, że jeżeli tylko warunki i czas pozwolą to będę obierać ten kierunek wojaży znacznie częściej, co i Wam polecam i czego życzę :)

Dzień 1

Przewodnikowo spływ zaczyna się w okolicy Tyfors ale nie byłbym sobą gdybym wgryzając się w dostępne w Internecie mapy nie wpadł na pomysł by rozpocząć go powyżej tej osady - mianowicie w Sägen. Do wioski dojeżdżamy a w zasadzie to ja dojeżdżam z dużym niepokojem, bo Magda ma jakoś dystans do potencjalnych problemów : )

Po pracowitym piątku budzik ustawiony w sobotę na 8.08 bolał wyjątkowo, ale jeżeli chcieliśmy skorzystać z okazji jaką był spust wody z tamy w Krużberku to wyjścia nie było - trzeba było wstawać.

Dzień 1

Wybór trasy w postaci: Wrocław - Racibórz - Chałupki - Krużberk okazała się być marnym pomysłem ale o tym przekonaliśmy się na miejscu, trudno. W Krużberku wg znalezionego w necie opisu miało być dogodne zejście do wody, tyle że jakoś na nie nie trafiliśmy. To znaczy trafiliśmy ale już siedząc w kanu (na lewym brzegu poniżej mostu), czyli po kilkuset metrach spływu.