Dzisiejszy dzionek mogę podsumować takim zdaniem: trochę daliśmy sobie w du**. Z mapy wynika, że przepłynęliśmy jakieś 25 kilometrów. Rutyniarze pewnie się tylko uśmiechną, ale dla takich "świerzynek" jak my to jednak całkiem sporo.
Czwartek
A było to tak: koło 6.00 szwędałem się jeszcze przy pomoście. O 6.20 fotografowałem nasz bajzel na kempingu a o 7.00 nie dawałem już Myszce spać. O 7.40 nasze rzeczy były już włożone do kanu a o 8.30 robiłem zdjęcia przy kanu na plaży, a kilka minut później wypłynęliśmy. Tafla jeziora była spokojna, co cieszyło, bo wiosłowanie pod wiatr na takim akwenie byłoby dość męczące, a tak ja mogłem sobie wiosłować a Myszka jeszcze się relaksowała po nocy.




Decyzja podjęta została szybko. Wiedzieliśmy, że mamy tylko siedem dni pomiędzy moimi zawodowymi obowiązkami a koniecznością powrotu do domu i pracy. Wiadomo było co i kiedy, pozostało pytanie - gdzie? Demokracja demokracją - w końcu stanęło na Warcie. Ruszamy z Częstochowy, płyniemy w górę rzeki (nie ukrywam, że pierwotnie liczyliśmy na to, że dotrzemy do Konina - ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy ile to kilometrów).
Mogą być z drzewa świerkowego lub cedrowego. Sportowe kanadyjki (łódź z jednym wiosłem, w której siedzi się lub klęczy), turystyczne kajaki, czy śliczne kanoe, budowane na wzór łodzi indiańskich. Po opuszczeniu 